Webinar w sześciu edycjach. Co działa, co umiera, co zmieniam za każdym razem
Przeprowadzamy z zespołem ten sam webinar już szósty raz. Każda edycja to dwadzieścia siedem zadań i około czterdzieści trzy godziny pracy całego zespołu. Po sześciu rundach nazbieraliśmy danych, które warto pokazać. O tym, co w lejku webinarowym zostaje, a co podmieniamy z każdą edycją.
Z perspektywy marketera kampania webinarowa to jeden z najbardziej satysfakcjonujących formatów. Masz konkretny harmonogram, mierzalne progi konwersji i dużą próbę osób, które oddają Ci swoją uwagę przez godzinę albo dwie. Z perspektywy operacyjnej to równocześnie jeden z najbardziej pracochłonnych projektów, które prowadzimy w Two Colours Agency.
Sześć edycji tego samego webinaru z naszą partnerką, Kat Highton, zajęło nam ponad rok. W każdej edycji harmonogram pozostawał ten sam: dwadzieścia siedem zadań rozłożonych między marketing, copy, technologię, prowadzącego i obsługę. Cały sprint od decyzji do wysłania pierwszego maila zapisowego trwa około czterech tygodni i pochłania jakieś czterdzieści trzy godziny pracy zespołu.
Gdy przeglądam dane z całego cyklu, widać wyraźne wzorce. To, co działa, działało już w pierwszej edycji. To, co umarło, umarło dla wszystkich naraz, bez ostrzeżenia. A pomiędzy tymi dwiema kategoriami leży trzecia, najciekawsza: rzeczy, które działają nadal, ale wymagają coraz więcej wysiłku, żeby utrzymać poziom konwersji.
Sztywny szkielet: dwadzieścia siedem zadań, które się powtarzają
Każdą edycję webinaru rozkładamy na ten sam zestaw zadań. Robimy tak nie z lenistwa, tylko dlatego, że dzięki temu wiemy, gdzie tracimy czas i gdzie warto coś usprawnić.
Najgrubsze bloki to:
- przygotowanie strony zapisu (kopia, formularz, integracja z CRM-em),
- sekwencja maili przedwebinarowych (5 wiadomości, każda z konkretnym celem),
- kampanie reklamowe na Meta Ads i Google Ads (wraz z creatywami, audytami i optymalizacją),
- materiały do samego webinaru (slajdy, demo na żywo, scenariusze prowadzącego),
- techniczna obsługa transmisji,
- mail z nagraniem dla nieobecnych,
- sekwencja sprzedażowa po webinarze (3 wiadomości plus follow-up indywidualny),
- raport poedycyjny.
To jest szkielet, który już się sprawdził. Każda nowa edycja zaczyna się od duplikacji listy zadań w ClickUp, zmiany dat i ruszamy. Dzięki temu zespół wie dokładnie, kto i kiedy robi co. Bez tego marketingowe prace na webinarze potrafią rozjechać się o dwa tygodnie w stosunku do daty premiery.
Co działa od pierwszej edycji i nie zmieniamy
Sekwencja pięciu maili przedwebinarowych. To jest absolutny core kampanii. Pierwszy mail to potwierdzenie zapisu plus jeden, krótki materiał wartościowy. Drugi: budowanie napięcia wokół problemu, który webinar adresuje. Trzeci: konkretne studium przypadku z tej samej dziedziny. Czwarty: przypomnienie z agendą. Piąty: dwie godziny przed startem. Open rate w tej sekwencji nie schodzi poniżej 35%, w pierwszych dwóch mailach zwykle przekracza 55%.
Format „demo na żywo plus pytania”. Webinary, w których prowadzący tylko mówi do kamery przez sześćdziesiąt minut, dawno przestały konwertować. Format, który działa za każdym razem, to dwadzieścia minut wprowadzenia, dwadzieścia minut konkretnego pokazu (czy to demo narzędzia, czy rozbiór konkretnej kampanii), potem sesja Q&A. Ludzie oddają uwagę za jakość pokazania, a nie za jakość mówienia.
Bramka czasowa na ofertę. Zniżka, bonus albo dodatkowa konsultacja dostępne tylko do określonej godziny po webinarze. Bez tego konwersja na sprzedaż spada o kilkanaście procent, a osoby, które „pomyślą i wrócą”, w 80% nie wracają.
Rozliczanie z każdej edycji w postaci tej samej tabeli. Liczba zapisanych, liczba uczestników na żywo, liczba osób, które obejrzały nagranie, sprzedaż natychmiastowa, sprzedaż w ciągu trzydziestu dni, koszt pozyskania zapisu, koszt pozyskania klienta. Te osiem liczb mówi nam więcej niż jakikolwiek dashboard, jaki ktoś próbuje nam wcisnąć.
Co umarło i nie wraca
„Przed webinarem zostało już tylko 3 miejsca!”. Ten zabieg z wczesnych lat dwutysięcznych już nie działa. Polski klient w 2026 roku doskonale wie, że na webinarze online miejsc się nie kończy. Stosowanie takiego copy obniża zaufanie do marki natychmiast. Jeśli chcesz pilności, użyj uczciwej: cena bonusowa wygasa o tej i tej godzinie. To nadal działa.
Trzygodzinne webinary. W pierwszych edycjach próbowaliśmy formuły 90 i 120 minut. Drop-off w drugiej połowie był brutalny. Dzisiaj trzymamy się sztywno 60 minut, plus opcjonalne Q&A do kolejnych 20 minut dla tych, którzy chcą zostać. Mamy więcej zostających na końcu, mamy lepszą konwersję na ofertę.
Reklama do osób, które już zapisały się raz. Kiedyś retargetowaliśmy ich pod „przypomnienie” na Meta. Dzisiaj to przepalanie budżetu, bo te osoby i tak siedzą w naszej sekwencji mailowej, która działa lepiej niż reklama. Retarget zostawiamy wyłącznie dla osób, które weszły na stronę zapisu i nie kliknęły „zapisz się”.
Co działa, ale wymaga coraz więcej pracy
Reklama na Facebooku/Instagramie do nowej widowni. W pierwszej edycji koszt zapisu wynosił mniej niż 6,50 zł. W szóstej edycji zaczynamy od 12 zł i musimy przygotować dziesięć wariantów creatywów zamiast dwóch, żeby utrzymać podobny CPL. To nie jest fenomen Kat Highton - to ogólny trend wszystkich kampanii leadowych, jakie prowadzimy w 2026 roku.
Tytuł webinaru. W pierwszych edycjach jeden mocny tytuł żył przez dwa miesiące. Dzisiaj rotujemy nagłówki co dwa tygodnie kampanii i robimy A/B między dwoma wariantami przez cały czas. Bez tego klikalność spada w ciągu dziesięciu dni.
Otwieralność maili. W 2024 nasze średnie open rate na sekwencji webinarowej trzymało się powyżej 50%. W 2026 oscyluje między 38 a 45%. To efekt zaostrzenia filtrów Gmaila i WP, plus zmęczenia wszystkich list mailingowych w Polsce. Robimy więcej pracy nad reputacją domeny, segmentujemy bazę agresywniej i czyścimy nieaktywne kontakty co kwartał.
Co bym zrobił inaczej, gdybym dziś zaczynał kampanię od zera
Zbudowałbym lejek najpierw, webinar potem. W pierwszych edycjach traciliśmy czas na perfekcyjną prezentację, a sekwencja mailowa była składana w ostatnim tygodniu. Dziś zaczynamy odwrotnie: pięć maili gotowe, strona zapisu gotowa, kampania reklamowa gotowa, dopiero wtedy slajdy.
Skróciłbym sekwencję posprzedażową z trzech do dwóch maili. Trzeci mail w naszej sekwencji „kup teraz” historycznie miał najgorsze open rate i marginalny wpływ na sprzedaż. Z tych dwóch godzin pracy lepszy zwrot daje indywidualny follow-up do osób, które weszły na stronę oferty i nie zapłaciły.
Zarezerwowałbym pełen tydzień na raport poedycyjny. Robiliśmy to w jeden dzień i przez to wnioski lądowały w skróconej formie w Notion. Teraz robimy z tego pełnoprawny dokument z wykresami, który czyta się przed kolejną edycją. Zaoszczędzonego czasu w kolejnym sprincie wystarcza spokojnie na te dodatkowe godziny.
Jeśli planujesz kampanię webinarową w swoim biznesie, najważniejsza rada brzmi nudno: zaczynaj od listy zadań, nie od pomysłu na slajd. Webinar, który dowozi sprzedaż, jest najpierw dobrze zaplanowany operacyjnie. Dopiero w drugiej kolejności jest dobrze poprowadzony merytorycznie.
Masz konkretny webinar przed sobą i chcesz pogadać o lejku? Napisz na LinkedIn.
Czy ten artykuł był pomocny?
Twoja opinia pomaga mi pisać lepsze treści. Dzięki!
Newsletter
Konkrety z marketingu prosto na maila
Co kilka tygodni rozsyłam streszczenie tego, czego się ostatnio nauczyłem. Bez spamu, bez ofert co tydzień.
O autorze
Marcin Godlewski
Marketingiem online zajmuję się od 2007 roku. CMO i członek zarządu Two Colours Agency, wspólnik w Viloway.com, współautor trzech wydań Biblii e-Biznesu. Mieszkam w Krakowie, pracuję analitycznie i asynchronicznie. Piszę o tym, co naprawdę działa w biznesie online - bez ściemy.