E-mail marketing po osiemnastu latach. Siedem zasad, które działają niezależnie od narzędzia
Zaczynałem wysyłać kampanie mailowe w 2008 roku, zanim większość firm w Polsce w ogóle używała tego kanału świadomie. Od tamtej pory zmieniło się prawie wszystko: narzędzia, formaty, regulacje, filtry antyspamowe. Zostały zasady, które wciąż decydują o tym, czy mail dowiezie sprzedaż, czy trafi do spamu.
W marketingu jest niewiele kanałów, które przetrwałyby osiemnaście lat bez zmiany swojej fundamentalnej mechaniki. E-mail jest jednym z tych kanałów, choć z każdej strony słychać, że „już umiera”. Słyszę to mniej więcej od 2010 roku, czyli odkąd zacząłem prowadzić własne kampanie. W międzyczasie e-mail wciąż dowozi mi większość sprzedaży w trzech zupełnie różnych biznesach.
To, co zmieniało się przez te lata, to powierzchnia: narzędzia, formaty, regulacje. Pierwszy newsletter w MentalWay wysyłałem przez panel, którego nazwy już nawet nie pamiętam. Potem był GetResponse, ActiveCampaign, FluentCRM, Mailchimp, Klaviyo i kilkanaście innych. Mechanika za każdym razem ta sama. Człowiek dostaje wiadomość, decyduje czy otworzyć, decyduje czy przeczytać, decyduje czy kliknąć. Trzy decyzje, z których każda kolejna jest trudniejsza niż poprzednia.
Poniżej siedem zasad, których trzymam się od lat. Sprawdziły się we wszystkich branżach, w jakich pracowałem. Nie zależą od narzędzia.
1. Reputacja domeny jest ważniejsza niż treść
Najlepszy mail świata nie zostanie przeczytany, jeśli wyląduje w spamie. A dziś, w 2026 roku, polskie filtry antyspamowe są ostrzejsze niż kiedykolwiek. WP, Onet, Interia, O2, plus Gmail po stronie klientów indywidualnych - każdy z nich ma własną logikę.
Z tego powodu pierwsza rzecz, którą robię uruchamiając newsletter w nowym biznesie, to konfiguracja DNS. SPF, DKIM, DMARC, w niektórych przypadkach BIMI. Bez tego nie da się prowadzić poważnej wysyłki, nawet z najlepszego narzędzia. Druga rzecz to subdomena nadawcza, np. news.marka.pl, oddzielona od głównej domeny firmowej. Pozwala to chronić reputację w razie problemów z jedną kampanią.
Trzecia rzecz to powolny start. Jeśli importujemy bazę 5000 osób, nie wysyłamy do wszystkich naraz. Zaczynamy od 200 najbardziej aktywnych, dzień później 500, kolejnego dnia 1000. To buduje reputację u dostawców skrzynek. Zignorowanie warmupu kosztuje miesiące pracy z odzyskiwaniem reputacji.
2. Lista czysta jest warta więcej niż lista duża
Moje doświadczenie z dziesiątkami baz mailowych jest takie, że pierwsze tysiąc aktywnych odbiorców zwykle generuje więcej sprzedaży niż następne dziesięć tysięcy nieaktywnych. To brzmi paradoksalnie, ale liczby z każdego biznesu, w którym pracowałem, to potwierdzają.
Co kwartał czyszczę bazę z ludzi, którzy nie otworzyli żadnego maila przez ostatnie sześć miesięcy. Najpierw wysyłam im pojedynczą wiadomość typu „chcesz zostać czy nie”, potem usuwam tych, którzy zignorowali nawet to pytanie. Na początku trudno to robić, bo wygląda jakbyśmy wyrzucali pieniądze. Po pierwszym kwartale czyszczenia wskaźniki dostarczalności rosną i kolejne kampanie sprzedają więcej. To jest argument liczbowy, nie filozoficzny.
3. Pierwszy mail po zapisie decyduje o całym lejku
Człowiek, który właśnie zostawił adres e-mail na Twojej stronie, jest najbardziej aktywny w ciągu pierwszych pięciu minut po zapisie. Otwiera, klika, czyta. Po godzinie ta uwaga zaczyna spadać. Po dobie spada do poziomu standardowej wiadomości z newslettera.
Z tego powodu pierwszy mail musi być wysłany natychmiast. Nie „w nocy razem z innymi powiadomieniami”, tylko od razu. I musi dowieźć obietnicę, którą złożyłeś na stronie zapisu. Jeśli obiecałeś PDF, ma być PDF. Jeśli obiecałeś rabat, ma być rabat. Tu nie wciskamy oferty, tu udowadniamy, że jesteśmy wiarygodni. To zaufanie procentuje przez cały dalszy lejek.
4. Krótkie zdania konwertują lepiej niż długie
Mail nie jest artykułem na blogu. Człowiek czyta go często na telefonie, między dwiema innymi rzeczami. Nie ma cierpliwości na rozbudowane zdania, na wstępy, na akapit, w którym dopiero w trzecim zdaniu pojawia się sens.
W copy mailowym lubię zdania na siedem do dwunastu wyrazów. Akapity na maksimum trzy zdania. Pomiędzy akapitami dużo białej przestrzeni. Każdy mail powinien dać się przeczytać po skosie i nadal mieć sens. Jeśli mail traci sens przy szybkim przejrzeniu, prawdopodobnie nikt go nie przeczyta uważnie.
5. Jedno wezwanie do działania na wiadomość
To jest może najczęściej łamana zasada w polskim e-mail marketingu. Marketerzy próbują w jednym mailu sprzedać produkt, polecić bloga, podlinkować do social mediów i jeszcze przekonać do udziału w webinarze. Efekt jest zawsze ten sam. Człowiek nie podejmuje żadnej decyzji.
Jedno wezwanie. Może być powtórzone trzy razy w tym samym mailu, ale ma być jedno. Jeśli celem maila jest zapis na webinar, to całe copy prowadzi do zapisu na webinar. Reszta linków odpada, nawet jeśli wydaje się, że „przy okazji można jeszcze wspomnieć”. Nie można.
6. Nadawca to człowiek, nie firma
Maile od „Marketing Two Colours” mają niższą otwieralność niż maile od „Marcin z Two Colours”. Maile od „Marcin z Two Colours” mają niższą otwieralność niż maile od „Marcin Godlewski”. Tę zależność widziałem we wszystkich biznesach, którymi się zajmowałem, w branżach od edukacji po krypto.
Powód jest oczywisty, gdy zatrzymamy się na chwilę. Skrzynka pocztowa to przestrzeń osobista. Człowiek znacznie chętniej otwiera maila od konkretnej osoby niż od bezosobowej firmy. Nawet jeśli racjonalnie wie, że ten konkretny adres reprezentuje firmę. Mózg nie robi takich subtelnych rozróżnień, kiedy szybko skanuje listę nieprzeczytanych wiadomości.
W praktyce: pole „Od” zawsze ma imię i nazwisko. Pole „Reply-to” prowadzi do skrzynki, na którą faktycznie ktoś odpisuje. Mail kończy się podpisem konkretnej osoby, nie blokiem firmowym.
7. Mierz to, co naprawdę zarabia, nie to, co łatwe
Open rate jest najpopularniejszą metryką w e-mail marketingu. Jest też jedną z najbardziej mylących. Od kiedy Apple wprowadził w 2021 roku Mail Privacy Protection, otwarcia z urządzeń Apple są raportowane jako automatyczne, niezależnie od tego, czy człowiek faktycznie otworzył wiadomość.
Realne metryki, które mówią o jakości kampanii, to: kliknięcia w linki, konwersje na stronie docelowej i finalna sprzedaż. Sprzedaż jest najważniejsza. Jeśli mail miał wysoką otwieralność i niską konwersję, to znaczy, że tytuł był ciekawy, ale obietnica wewnątrz nie odpowiadała oczekiwaniom. Jeśli sprzedaż była niska, to nieważne, jaki był open rate.
Co się zmieniło, czego się nauczyłem przez te lata
Pierwsza rzecz: tempo. W 2008 roku można było wysłać mail do całej bazy raz na tydzień i to wystarczało. W 2026 dobre kampanie e-mailowe są zsegmentowane, automatyzowane i kontekstowe. Człowiek dostaje wiadomość wtedy, kiedy ma sens, nie wtedy, kiedy mam czas pisać.
Druga rzecz: jakość treści wzrosła wszędzie. Nie da się już sprzedać kampanii „na sztampie”. Konkurencja w skrzynce każdego użytkownika rośnie z roku na rok. Maile, które przebijają się przez ten szum, muszą mieć ostry kąt widzenia, własne zdanie, czasem kontrowersję. Maile uniwersalne i bezpieczne lądują w spamie albo w archiwum nieprzeczytane.
Trzecia rzecz: narzędzia stały się tańsze i bardziej dostępne, ale wymagają więcej myślenia. Dziś każdy może uruchomić newsletter w pięć minut. Większość uruchomionych newsletterów umiera w pierwsze trzy miesiące, bo nikt nie pomyślał o pierwszych sześciu zasadach z tej listy.
E-mail marketing nie umiera. Po prostu coraz mocniej rozwarstwia się na ten, który dowozi sprzedaż, i ten, który tylko zaśmieca skrzynki.
Jeśli prowadzisz newsletter albo myślisz o uruchomieniu, najprostsza rada: zacznij od czystej domeny i czystej bazy. Reszta jest pracą do wykonania, ale na fundamentach z tych dwóch elementów zbudujesz wszystko inne.
Masz pytanie o konkretną kampanię, narzędzie albo problem z dostarczalnością? Napisz na LinkedIn, chętnie pomogę.
Czy ten artykuł był pomocny?
Twoja opinia pomaga mi pisać lepsze treści. Dzięki!
Newsletter
Konkrety z marketingu prosto na maila
Co kilka tygodni rozsyłam streszczenie tego, czego się ostatnio nauczyłem. Bez spamu, bez ofert co tydzień.
O autorze
Marcin Godlewski
Marketingiem online zajmuję się od 2007 roku. CMO i członek zarządu Two Colours Agency, wspólnik w Viloway.com, współautor trzech wydań Biblii e-Biznesu. Mieszkam w Krakowie, pracuję analitycznie i asynchronicznie. Piszę o tym, co naprawdę działa w biznesie online - bez ściemy.